Ostatnie kilka edycji suskich zawodów wymagały od zawodników końskiego zdrowia i odporności na bardzo trudne, wręcz ekstremalne warunki pogodowe. O tym jak się biega w 36- stopniowym upale przekonaliśmy się m.in. w roku 2016. W tym roku każdy z dużą pokorą podchodził do zawodów. Szczególnie że główne starty były na dystansie 1/2 IM. A to nie jest spacer po parku.

Okazało się że strach miał wielkie oczy. Pogoda kapryśna i niezbyt łaskawa dla kibiców, zawodnikom pomogła. Padło szereg rekordów życiowych a debiutanci zaliczyli swój start sezonu. Jedną z takich relacji publikujemy poniżej. Marcin Matejczyk był z nami pierwszy raz. Jak zapewnia nie ostatni.
Wszyscy Nadaktywni, którzy zdecydowali się wystartować w zawodach ukończyli je i myślę, że wszyscy zasługują na wielkie gratulacje i mogą być z siebie zadowoleni. Atmosfera zawodów naprawdę była niesamowita, doping naszych kibiców uskrzydlał i dawał kopa na kolejne kilometry. Wyniki naszych:
1. Jakimiuk Daniel: 4:24:52
2. Grzegorz Popławski: 4:28:09
3. Paweł Klejzerowicz: 4:48:09
4. Juliusz Kołodko: 4:49:31
5. Piotr Stefanowski: 4:49:49
6. Paweł Panasiuk: 4:56:32
7. Maciej Łysiuk: 5:05:53
8. Kamil Pendowski: 5:08:00
9. Piotr Mińko: 5:11:04
10. Sławomir Rudnik: 5:15:01
11. Marcin Matejczyk: 5:33:20
12. Adam Hermanowicz: 6.19:18

Wypoczywając przy piwku w końcu mogę napisać coś więcej o mojej wczorajszej przygodzie w Suszu. Tak, nazwę wczorajszy start przygodą, bo trochę się działo zarówno na trasie jak i w głowie.


Podczas pierwszej konkurencji – pływania, wszystko układało się bardzo ładnie. Pomimo tego, że nie czekałem aż popłyną ci szybsi nie miałem dużych problemów z współzawodnikami, kilka razy musiałem przystanąć aby przepuścić płynących zygzakiem – stara dobra szkoła Mario. Pomimo tych krótkich epizodów „na morzu” z wody udało mi się wyjść po ok 38 minutach, czyli planowo – jak na moje pływanie. Strefa zmian na spokojnie, aby za mocno się nie grzać i ogień na rower… No właśnie… i tu pojawiły się pierwsze nieplanowane rzeczy. Używany przeze mnie czujnik kadencji – prosto z C E, uruchomił się w dziwnym trybie i akurat wczoraj w połączeniu z moim 920XT chciał przekazywać do zegarka również prędkość. Nie działa to jednak dobrze i w rezultacie nie miałem pomiaru prędkości oraz przejechanego dystansu. (dzisiaj zdjąłem już „dziada” z koła. Planowałem jechać ze średnią prędkością ok 31 km/h, jednak bez pomiaru prędkości skupiłem się na samopoczuciu i kadencji ok 90. I tak mijała mi trasa rowerowa. Z międzyczasów na oznaczeniach trasy wiedziałem, że jadę szybciej niż 31 km/h jednak czułem się wyśmienicie – po dograniu w późniejszym terminie pulsu, potwierdziło się również, że powinno wszystko być w porządku, bo kręciłem się ok 150 bpm.

Aż tu nagle BAM… ok 60 km trasy, podczas zjazdu z wiaduktu wyprostowałem prawą nogę i skurcz złapał mnie za udo. Sprawdzam drugą nogę i to samo, jak „nagły atak spawacza” albo „uderza cicho i znienacka – wino Komandos”. Dodatkowo po zjedzeniu 3 żelu żołądek odmówił posłuszeństwa i nie wiedzieć dlaczego zaczął mnie boleć – za mało treningów z taką ilością żeli. I to był moment zwrotny całego wczorajszego startu. Szybko wypiłem shota magnezowego i zacząłem się modlić, tak modlić się, aby dotrzeć do mety. Od tej pory popijałem również już tylko carbo i wodę. Tempo jazdy spadło a skurcze towarzyszyły mi już cały czas. Oczywiście w tamtym momencie mogłem jeszcze nad skurczami w miarę panować, jednak musiałem mocno się pilnować. W głowie kłębiły się myśli, czy da się po przejechaniu w takim stanie 30 km przebiec kolejnych 21 km – teraz już wiem, że dzięki Bogu się da. Pod koniec trasy rowerowej – ok 2 km przed strefą zmian mięśnie zacisnęły się na dobre i nie chciały odpuścić – chciałem już wypinać nogi z pedałów, ale zacisnąłem zęby, zmówiłem kolejną modlitwę i dojechałem do strefy zmian. Odwiesiłem rower, wziąłem „suchy worek” i na spokojnie, bez pośpiechu zmieniłem buty na biegowe. A w głowie cały czas walka, czy na pewno robię dobrze próbując biec w tym stanie. Ostateczna decyzja była jednak… próbuję. Nie walczę już o czas 5:30, tylko o dobiegnięcie do mety i o to, aby nie przynieść wstydu Nadaktywnym.

O dziwo pierwszych kilkaset metrów było w porządku, może zmiana pozycji z rowerowej na biegową pomogła trochę w kwestii skurczy. Ale nie… pierwsza wspinacza pod górę na rynek i nogi przypomniały o swoim istnieniu – tu Rafał Piotrowski trzeźwo zapytał mnie czy skuszę się na „kielonka”, oczywiście magnezu. Po krótkim zastanowieniu odpowiedziałem – tak. Ogólnie bieg upłynął pod znakiem skurczy mięśni nóg oraz ataków bólów brzucha – ach te żele. Jednak o dziwo sił mi nie brakowało, ani na chwilę nie czułem się wypompowany z energii – ach te żele. Wracajmy jednak do biegu… pierwsza pętla skończona. Przebiegam po trawce przy scenie i sobie myślę… „o kurka wodna, za chwilę znowu podbieg”. Jednak druga myśl to, że za chwile strefa najlepszych na świecie kibiców Nadaktywnych. Nogi nie mogły tego stanu zignorować i na chwilę, do wspomnianego podbiegu przestałem o nich myśleć. Podbiegi pokonywałem w większości marszem, w myśl zasady lepiej ukończyć bieg z gorszym czasem, niż go nie ukończyć. Czara goryczy problemów z żołądkiem przelała się po zbiegnięciu z górki. Za strefą żywieniową, przy pierwszym „tojku” musiałem zrobić 3 minutową przerwę techniczną.  Na szczęście okazało się, że więcej takich przerw nie musiałem robić. Po powrocie na trasę pomyślałem sobie, „uff teraz już tylko zmaganie się ze skurczami”. 

 

Po „dobiegnięciu” do naszej „Nadstrefy” kibica wiedziałem, że uda mi się ukończyć ten bieg, nawet pomimo tego, że każdy kolejny kilometr był coraz większą męczarnią. Męczyło mnie nie tylko to, że czuję ciągły ból mięśni, może nawet bardziej męczyło mnie psychicznie to, że nawet nie jestem mocno zmęczony i muszę wlec się jak jakiś biegowy „lajkonik” tempem ok 6:00. Ach ta głowa. Ostatnia pętla biegu to kilka kilkudziesięciometrowych spacerów, gdy już nie byłem w stanie wytrzymać bólu mięśni, z nadzieją że nie zacisną się na stałe. I najtrudniejszy ostatni kilometr. Wyprzedzany przez innych uczestników cierpiałem w głowie katusze, ale po woli zaczynające już krążyć endorfiny dodawały sił. Dzięki nim tempo biegu najpierw zwiększyło się do ok 5:40 i finisz 150 metrów w tempie 3:05. DOTARŁEM DO METY – czas 5:33:20. Wybaczcie drodzy kibice, jeżeli wtedy Was nie zobaczyłem, ale zasilanie w całości zostało przekierowane do nóg. I tutaj kończy się moja przygoda.

Podziękowałem Bogu za siłę i łaskę wytrwania w bólu i udałem się na ucztę posiłku rekreacyjnego. Makaron z jogurtem i truskawkami smakował wyśmienicie. Zupa również była dobra. Po posiłku jeszcze tylko skorzystałem z pierwszej pomoc w postaci piwka oraz masażu. Nie wiem które z nich sprawiło, że dzisiaj czuję się nie najgorzej i dam radę chodzić.
Dziękuję wszystkim tym, którzy przyczynili się do tego sukcesu – bo tak nazywam mój wczorajszy start, oni wiedzą o kim mówię.
Wczorajszy dzień, to oprócz sukcesu również wielka praca domowa, którą muszę odrobić przed kolejną „połówką” w przyszłym roku. Tak też zrobię.
Jednak oficjalnie mogę już powiedzieć przynajmniej jedną nogę i jedną rękę mam już z żelaza.
***THE END***