Z przyjemnością publikujemy relację z imprezy w Brodnicy. Zawody serii Volvo mają już swoją markę a w tym mieście powoli już i tradycję.Autor relacji Kamil Kołosowski startował na dystansie Sprint. Ekipa była jednak liczniejsza i skutecznie zapisała się w komunikacie z zawodów. W jaki sposób? Zapraszam do lektury.

Wiadomo jakie mieliśmy wejście w wionę. Wiadomo, że pogoda nie rozpieszczała. Znajomi ze stowarzyszenia Nadaktywni startowali w Triathlonie w Olsztynie (14.05.2017) gdzie woda dosłownie zapierała dech w piersiach. Tydzień po Olsztynie przyszła pora na mój start. Start, gdzie w końcu wybrałem się z małą grupą ‚żelaznych ludzi’.
Każdy z nas miał do pokonania różne dystanse – Mirek dystans 1/2 Ironman (1.9 km pływania, 90 km rower, 21.1 km biegu), Alek dystans 1/4 Ironman (950 m pływania, 45 km rower, 10.55 km biegu), oraz autor tego posta, czyli ja na sprinterskim dystansie 1/8 Ironmana tj. 475 m pływania, 22.5 km rower, 5.275 km biegu. Każdy w innej bajce, jednak dyscyplina ta sama.
Niedziela 24 maja miała sprawdzić, kto przepracował na treningach zimę, kto oglądał seriale i zajadał pizzą zapijając colą light oszukując tabele kalorii, a kto wejdzie w kolejny sezon z formą życia. Było ciekawie, emocjonująco, ze zwrotami akcji. Prawie jak w brazylijskiej telenoweli, ale obyło się bez wyciskania łez jak podczas krojenia cebuli.
Jak to wszystko się zaczęło, rozwinęło i zakończyło? Zapraszam Was do zapoznania się z relacją z tej imprezy.

Sobota. Gorące popołudnie, słońce zagościło się na dobre zalane niebieskim kolorem bezchmurnego horyzontu. Przyjeżdża po mnie Mirek. Pakujemy rowery i resztę sprzętu. Ruszamy.

Mirek: Wiesz, że nocleg, który zarezerwowałeś, jest 14 km od miejsca startu?
Ja: No tak.
M: Wiesz, że ja startuję o 9:00, Alek o 10:45, a Ty o 11:30?
Ja: Wszystko się zgadza.
M: Pytanie jak rozwiążemy kwestie transportu. Jeden wstanie i zawiezie wszystkich na dwa lub trzy kursy autem?
Ja: Albo każdy sam dojedzie rowerem na start. A później tak samo wróci.
M: Tylko będzie trzeba wrzucić na ramię piankę do pływania, buty i resztę sprzętu, chyba, że masz jakiś inny pomysł?
Ja: Poczekaj chwilę <włączam wyszukiwarkę noclegów w okolicach Brodnicy>
M: Kiedyś nie raz jak jechałem pociągiem do miejsca docelowego, zawsze znajdywało się kwaterę, na gorąco, będąc już na dworcu.
Ja: Spokojnie, zaraz coś się wymyśli. Kiedyś jadąc na festiwal do Gdańska, dzwoniłem jakieś 30 razy, aby zarezerwować nocleg… <dzwonię…>
M: Ok.

Mija 30 minut, dzwonię dalej… już 12-sty telefon z kolei…
Brodnica: Halo!
Ja: Witam, potrzebuję noclegu dla trzech osób.
B: Kolarze?
Ja: Między innymi.
B: Nie ma problemu, są miejsca.
Ja: Super, to rezerwujemy. Pytanie… jak daleko od miejsca startu?
B: Po drugiej stronie ulicy.
Ja: Ok.
B: Do zobaczenia!

Mirek: Mistrzem punktualności to nie jesteś, ale w czym innym nadrabiasz.
Ja: Trzeba umieć w życiu zachować zimną krew.

Praktycznie bez żadnego postoju, po za odbiorem Alka w Łapach, wyruszyliśmy w stronę jeziora Niskie Brodno, obok którego mieliśmy nocleg. 420 km podróży minęło w mgnieniu oka. Zaskoczę Was, bo minęła w tle wspólnych rozmów o sporcie, triathlonie, sposobach ulepszania i śrubowania swoich osiągnięć. Doszliśmy do wniosku, że czas mija nieubłaganie, kolejne starty, kolejny sezon, kolejny rok… i jak na wiele rzeczy w życiu mamy wpływ, tak czas oszukać możemy jedynie na zawodach przełamując swoje rekordy. Z tą złotą myślą dotarliśmy na miejsce.

Ulica Wczasowa, teren biura zawodów. Parkujemy auto, idziemy z marszu odebrać pakiety startowe. Po odbiorze pasta party – wreszcie jedzonko, makaron z sosem dobrej jakości. Oczywiście nie mogło się obyć bez dokładki. Chwilę później rzut okiem na jezioro. Jest wietrznie, ale słonecznie. W głowie buzuje nam już adrenalina i coraz intensywniejsze myśli o tym, co będzie nazajutrz. W oddali podziwiam elektrownie wiatrowe, na powierzchni wody boje znakujące dystans pływacki. Cały ten widok pobudza jeszcze mocniej, a w żyłach krew zaczyna pulsować. Póki co do startu zostaje jeszcze kilkanaście godzin. Szybkie zakupy i do spania…
Zanim nastąpi sen przed zawodami, sprawdzamy najpierw warunki noclegowe. Właściciel chyba nie obchodzi Dnia Ziemi. Syf w łazience, w salonie okruchy. Jak by tego było mało, podwójna stawka za nocleg…
Jedynym plusem była lokalizacja – dosłownie można było się przejść na start umiejscowiony po drugiej stronie ulicy w szlafroku, japonkach, z gazetą pod ramieniem i kubkiem zielonej herbaty w ręku.
Pobudka. Mirka słyszę w kuchni obok, Alek jeszcze śpi. Wstaję, zanim Mirek uda się na start.
Ja: <zaspany> Cześć. Masz pompkę?
Mirek: <w lekkim szoku> Tylko zwykłą, ręczną.
Ja: Może być. Zapomniałem wczoraj napompować koła.
Mirek: Dobry jesteś.
Ja: Ok, dzięki, wracam spać, powodzenia.

Pobudka po raz drugi. Idę do kuchni wrzucić owsiankę na talerz. Nagle przez okno dostrzegam jak zawodnicy startują na trasę kolarską. Jem śniadanie i oglądam zawody na żywo, nie wychodząc z kuchni. Może luksusów tu nie ma, ale też jest … (znany cytat z filmu Chłopaki nie płaczą.
Chwila medytacji i wybieram się na start. Tętno buzuje coraz mocniej. Pełna koncentracja. Tak jak lubię. Wkładam piankę, czepek, okularki. Od razu wchodzę do wody… I przypomniało mi się jak brałem przez tydzień prysznice w zimnej wodzie, aby przygotować się na najgorsze. Było hardkorowo… gdy tak się masakrowałem prysznicami. Bo teraz, gdy wchodzę do jeziora… jest jak w wannie! Jak to mówią, przygotuj się na najgorsze i oczekuj najlepszego.
Przepłynąłem wzdłuż i wszerz teren przy plaży, aby się rozgrzać. Czuję się jak ryba w wodzie Wszelkie obawy prysły, na twarzy pojawił się uśmiech. Start z wody.
Jestem pobudzony, jak maturzysta przy wejściu na salę egzaminacyjną. Pełen fokus. Płynie mi się przy tym luźno, bez spiny, pełen spokój. Obok mnie ktoś zaczyna płynąć żabką, ktoś wpływa mi na nogi. No nie! Myślę sobie… 65 osób płynie nie małym jeziorem i trzeba tak się pchać?
Mijam w moment kolejnego „żabkowicza”, oczywiście zapas dystansu zachowuję, aby nie dostać z pięty i nie polecieć z nokautem, niczym Kliczko w walce z A. Joshua w 12 rundzie.
Wyjście z wody.
Spiker: Dawaj, dawaj, biegnij! – długo nie musiał namawiać.
Wpadam do strefy zmian, ściągam piankę, szybko wskakuję na rower.
Mijam wolontariusza – Dawaj dalej! Wejście na rower za linią! Przekraczam linię, wskakuję, jadę.
Kolejny wolontariusz – Tracisz rundę! Coo…?! <coś musiało mi się przesłyszeć… wszystko zrobiłem zgodnie z przepisami, chyba, że miał na myśli ‚kręcisz rundę’>
Wyrzucam wodę z ucha aby lepiej słyszeć, a tu na otwartym kawałku trasy kolarskiej, dudni wiatr.
W dodatku czip do pomiaru czasu, który mam przytwierdzony na kostce zaczyna się luzować. Cholera! Dojadę do końca roweru i zakleję go jak trzeba, już w strefie zmian, o ile wcześniej nie odpadnie… Rower mija szybko, na podjazdach mam tyły, ale z górki nadrabiam. Pierwszy raz jadę na przystawce czasowej – lemondce i uważam na zakrętach, aby nie wypaść z toru jazdy. W międzyczasie podziwiam piękne widoki, pola rzepaku, łąki, rozpościerające się na rozległych terenach kujawskiego pojezierza. Jest pięknie… Tak zlatuje mi 22.5 km roweru, jak za pstryknięciem palca.
Strefa zmian. Szybkie przejście na buty, czapeczka, okularki i heja, zmykamy dalej na ponad 5 km biegania. Jak się czuję? Czuje rezerwę, czuję, że przejazd rowerem poprzedzony pływaniem wykonałem na 90 %. W nogach jest moc, jest siła i planuję wykorzystać to jak najlepiej.
Tak jak rower prowadził przez ponad kilometrowy podjazd, tak teraz równolegle, tą samą drogę pozostało pokonać przebierając żwawo nogami. Mijam kilku zawodników, wypatrując, który ma czarny numerek startowy. Póki co same białe, czerwone… Doganiam kolejnego i mijam… Biegnie mi się lekko, luźno i przyjemnie. Czy zostawiłem za dużo rezerw na ten podbieg? Mimo wszystko, cieszę się tym co jest, że zostało 3 kilometry i jesteśmy w domu.

Przed nawrotem dostrzegam dwóch zawodników z czarnymi kolorami numerów startowych. Oceniam, że brakuje mi jakieś 400 metrów do następnego. Zawracając postanawiam włączyć piąty bieg. Żwawo doganiam jednego, pozostaje kolejny. Jednak widzę, że tu nie będzie łatwo, czas więc jeszcze bardziej wejść w obroty. Podkręcam więc tempo, na zegarku jest już 3:45 min/km. Pogoda, tak jak na początku zawodów, chmury, 18 stopni, a więc nie za chłodno, ale na triathlon, idealnie. W między czasie mijam kawałek bruku zasypanego piachem, tak jakbym skakał między kałużami, aby mieć lepszą przyczepność i ‚kontakt z ziemią’ (jak by to powiedzieli astronauci podczas misji Apollo 13). Mam to po chwili za sobą. Już kilkanaście, kilka metrów, mam… kolejnego zawodnika, biorę chwilę na głębszy oddech, cisnę dalej. Teraz łapię rytm z górki na pazurki – ostatni kilometr biegu. Tutaj już jest gęsto, jest wesoło, jest gwarnie, coraz więcej kibiców z transparentami, tabliczkami, więcej uśmiechniętych twarzy. Aż chce się biec! Nie mam już przed sobą praktycznie nikogo, jednak postanawiam postawić kropkę nad i. Micha sama mi się cieszy. Wiem, że wbiegam na metę z rezerwą, zerkam na zegarek i wiem, że zrealizowałem swój plan. Kilometry na biegu przedstawiają się następująco 4:00, 3:55, 3:47, 3:38, 3:35… iiii JEST! KONIEC, wpadam na metę! Uszczęśliwiony w duchu, na twarzy maluje się nadal skupienie, które po chwili zastępuje UŚMIECH  Spiker mówi: Pan Kamil Kołosowski, miejsce czwarte. Po krótkiej rozmowie okazuje się, że miejsce drugie! w kategorii wiekowej oczywiście.

Dodatkowo ucieszył mnie fakt, iż nastąpiła poprawa o 3 minuty względem poprzedniego startu, ‚awansowałem’ na podium, zajmując teraz miejsce 2 w kategorii wiekowej. Dodatkowo jest to najwyższa lokata jaką kiedykolwiek zająłem w zawodach triathlonowych. Jestem z siebie dumny. Na mecie czeka catering pełen cytrusów, bananów, napojów… a wierzcie, nawet po przeprawie sprinterskim traithlonem smakuje to jak dobrodziejstwa Bogów Nie mówiąc już o zawodnikach, którzy kończyli jeszcze dłuższe dystanse. Szacunek im za to, bo dla mnie na razie, frajdę sprawia szybkie sprintowanie. Czekam na resztę – Alka, Mirka. Mega pozytywni ludzie dookoła, z wieloma wchodzę w dyskusje, czas ten mija błyskawicznie, w tym gronie panuje pozytywna atmosfera, pełna przyjaznego nastawienia i radości, poznaję kilka nowych osób. A pomyśleć, że jeszcze przed chwilą ganialiśmy się na trasie. I to jest piękne w sporcie.
Wbiega Alek (Aleksander Kaczyński), wykręca życiówkę. Gratulacje. Zajmuje 5 miejsce open, 1 w kategorii! W międzyczasie idziemy coś zjeść, głód po za pragnieniem jest teraz na szczytowym szczycie piramidy najważniejszych potrzeb. Czas znowu szybko mija… Wbiega Mirek (Mirosław Puciłowski), 8 miejsce, 1 miejsce w kategorii. Brawo!