Relacja Karola z półmaratonu białostockiego.  Zawodnicy często krytycznie podchodzą do swoich rezultatów. Wiadomo każdy z nas chciałby śrubować wyniki czując przypływającą moc.  Zadowoleni z wyniku zaczynamy krytykować styl i tak w nieskończoność. Karol jak widać ma naturę perfekcjonisty który zawsze widzi element do poprawienia. Życiówka jest jednak życiówką a Białystok w tym roku okazał się bardzo wymagający dla biegaczy z uwagi na zmienną pogodę. Milej lektury. Bartek Awruk

Mój dramat na dystansie półmaratonu, czyli 5 PKO Białystok Półmaraton.

Fundament motywacyjny miałem spory. 5 pełnych miesięcy przygotowań zgodnie z zasadami książki J. Friela „Triathlon, Biblia Treningu”, z tygodniową przerwą chorobową po której nie wróciłem do końca do siebie. Pewność siebie gdzieś się przez trochę ulotniła. Jeszcze przed startem poszedłem na wspólne zdjęcie Nadaktywnych. Pogoda była piękna, świeciło słońce, chmury gdzieniegdzie się pałętały na niebie. Później przyjechał Michał, mój brat, jechał obok rowerem i asystował mi przez cały dystans. Zrobiłem standardową rozgrzewkę jak przed każdym ciężkim treningiem. Kolka i lekkie problemy żołądkowe w ostatnich tygodniach przypomniały o sobie znów. Poszedłem na start. Tam oznaczone strefy gdzie kto ma się ustawić w zależności od tempa biegu. O dziwo stałem jakieś 10m od startu, a stali tam i ludzie biegnący na 5km. Szczegół pozytywnie zaskakujący.

Najpierw wybuch z armaty i start honorowy. Aż podskoczyłem do góry, huknęło jak nigdy. Podeszliśmy pod bramę, skąd odbył się start ostry. Bach! Wystartowaliśmy! Było tłoczno, skupiłem się nad tłumem by nie upaść jak to było parę tygodni temu na Grand Prix Zwierzyńca gdzie mocno się poobijałem. Udało się, tłum się rozrzedził, super. Biegnę w założonym tempie, tętno powoli podchodzi do góry jak na treningach, wszystko w normie. Jest lekko, endorfiny, stres, adrenalina dają kopa. Mija 2 km, zerkam na pulsometr a tam już puls 165 (treningi w tempie startowym, czyli tym którym biegłem robiłem w 160). Następne km i przechodzi granicę tzw progu tlenowego- 170. Z tym tętnem dam radę przebiec 5km, więcej nigdy mi się nie udało, choć. I teraz co robić? Biec w planowanym tempie wiedząc że przebiegłem na treningach dziesiątki km w tym tempie na luzie czy bardziej kierować się samopoczuciem organizmu i zwolnić? Wybrałem to pierwsze. Ryzyko jest pociągające. Biegnę tak za zającem (gościem biegnącym w moim tempie), przebiegam 8 km. Mnóstwo kibiców, całe tłumy krzyczą do nas, dodają otuchy. Zbliżam się do brama Pałacu Branickich i kierujemy się na ul. Świętojańską gdzie przy galerii jest pod górę. To dopiero 9km No i zaczyna się, czuję że brakuje mi energii na ten podbieg, mało tego, ja już za bramą zaczynam czuć że jest podbieg do którego brakuję mi jakieś 200m i jest mi bardzo ciężko. Zwalniam, wbiegam w ul. Świętojańską, zając ucieka coraz dalej. Marzenia planowanego czasu na mecie też. Wiem że taki jest sport, no trudno. Zaczyna mi się kręcić w głowie, wbiegłem na podbieg. Następne kilometry to był widok wymijających mnie ludzi i oddalającego się zająca. Szkoda. Gdzieś w okolicach stadionu jagi próbuję jeszcze przyśpieszać ale szybko mi daję w kość słabość, kręcenie w głowie i perspektywa zemdlenia. Trudno, potruchtam. Tętno do 150. Powolutku. Na 15km była moja mama, przed wyścigiem mówiła że ma mi coś specjalnego. Okazało się że miała duży napis mego imienia i logiem Nadaktywnych na dużej kartce którą tworzyła cały dzień. Miło mi się zrobiło. Od tamtej chwili biegłem z perspektywą by dobiec do wiaduktu Dąbrowskiego a tam zapowiadali się Bartek z Tomkiem z naszej paczki. Ale pomyślałem sobie że chcę złamać 1:30. To był zaledwie 16km, odwróciłem się a za mną gość z uszami zająca i drugi z wózkiem z dzieckiem przed sobą, mają założoną żółtą koszulkę. Fuck! To zające na czas 1:30 (z pierwszym zającem biegłem na 1:25). Kilometr dalej zrównali się ze mną. Pomyślałem że będę gonił, to świetna motywacja. Myliłem się gdy po 200m znów zakręciło mi się w głowie. Pod wiaduktem Fieldorfa Nila znów zwolniłem. Przy ul. Hetmańskiej kolejne piękne dziewczyny z wodą które bardzo umilały ten tragiczny czas, didżej i darmowe żele energetyczne. Wziąłem jednego łudząc się że coś pomoże, nie pomogło. No to biegnę Aleją Solidarności wiedząc że ktoś zaraz mi pokrzyczy i odgoni złe myśli. Wyprzedzają kolejni i kolejni… Widzę ich, stoi Bartek i Tomek wraz z rodzinami. Krzyczą do zawodników klasyczne teksty. Spoglądają na mnie i krzyczą z całych sił. Jeden przez megafon w jedno ucho, drugi bez ale bliżej w drugie ucho. Nie dają mi dojść do głosu. Czuję że lecę, że jest lekko, ból odszedł, nie kręci mi się w głowie! Wbiegliśmy na samą górę wiaduktu, oni zostają. Zerkam na pulsometr, tętno 165, to działa! Takiego punktu kibica i wsparcia nigdy jeszcze nie miałem. Te wsparcie było wyjątkowe.  Dalej zaczynam truchtać ale już trochę jakby szybciej. Wbiegając na lipową przyśpieszam do zamierzonego tętna 165 i planowanego tempa startowego. Stawiam wszystko na jedną kartę, kręci mi się w głowie i czuję że zaczynam się słaniać. Po drodze przybijam piątkę z Nadaktywną Martusią. Wbiegam na metę ostatkiem sił, słaniam się. Czuję że nogi mam jak z waty i mam problemy z prostym staniem. Jak za mgłą odszyfrowuje kierunek po medal. Kolejny do kolekcji, kiedyś moje dzieci będą dumne. Szukam barierki by oprzeć się i chwilę odpocząć. Jednak ciągną mnie do zdjęcia, nie wiem po co. Zrobili. Idę dalej, bo pamiętam że dalej są ławki. Poszedłem tam i stanąłem obok barierek. Za chwile w tym tłumie odnaleźli mnie moi znajomi którzy przyszli mi specjalnie kibicować. Następne godziny w domu dochodziłem do zdrowia leżąc jak kłoda.

5 PKO Półmaraton Białostocki przeszedł do historii. Pomimo tego że uwielbiam te zawody to zakończyły się dla mnie klęską truchtania przez połowę dystansu. Pomimo tylu negatywów skończyłem z czasem 1:30.47 i 109 miejsce (2634), pobiłem swój rekord w półmaratonie o około 3 min. Po tygodniu mogę postawić na odwodnienie, bo tylko tyle i aż tyle zabrakło mi do dobrej diety i w sumie wszystkiego do dobrego wyniku. Czasami bywa i tak, nie ma co tracić dobrego humoru. 🙂