Zawody były ukoronowaniem bardzo trudnego dla mnie sezonu. Poziom zobowiązywał do najwyższego wysiłku ze strony organizatorów. Zrobili to niemal perfekcyjnie. Wolontariusze pomagający niemal we wszystkim, zdejmowanie pianki w trzech odsłonach, naprowadzanie na worek w T1 i T2, odbiór roweru i obecne na całej trasie „Good job!” okraszone amerykańskim uśmiechem. Hell Yeah! Wisienką na torcie była godna trasa. Dlaczego godna? Były to jedne z najcięższych zawodów w jakich brałem udział. O ile wspinaczkę na rowerze zakończyłem głośnym krzykiem na kilkukilometrowym, długim zjeździe o tyle na 8 km biegu gdzie zaczynał się pierwszy z trzech podbiegów pierwszej pętli nie było mi już do śmiechu. Napociłem się, nasapałem ale dałem z siebie tyle ile byłem w stanie wycisnąć w tym sezonie.

Chciałem opisać te zawody inaczej. Stres, trema towarzyszyły mi w trakcie kwalifikacji. Tu pojechałem już po doświadczenie oraz zwieńczenie kilku lat przygody z triathlonem. Spełniłem marzenie, doszedłem do momentu w którym zakończyłem pewien rozdział.

 

Zaczynałem jako dreptający na biegu w olimpijkach „klocek”. Aspiracje sportowe ewoluowały wraz z kondycją. Najpierw wydłużał się dystans, rywalizowałem z samym sobą, potem powoli, zaczynałem rozpoznawać swoich przeciwników. Jedni uciekli mi do przodu innych zostawiłem w tyle. Finalnie, postanowiłem zawalczyć o większą imprezę. Udało się. Oczywiście nie samo, nie wyszło to też przypadkiem. Przełomem było podjęcie współpracy z trenerem, Marcinem Florkiem z Labosport-u. Obowiązki domowe, zawodowe, rodzina nie pozwalały na stratę czasu w postaci treningów „na oko”. Pracując z kimś kto ma doświadczenie i budzi zaufanie można łatwiej sięgać po więcej, dalej.

Jak tego dokonać? Obrać osiągalny cel, choć może taki trochę na wyrost. Dobrać narzędzia i konsekwentnie z uporem realizować plan. Zawsze trzeba też odrobinę szczęścia jednak nie to jest kluczem. Sekret stanowi znalezienie wspólnego języka z tymi, którzy stanowią prawdziwe paliwo napędowe. Bliscy którzy dzielą trudy i porażki, cieszą się z sukcesów i pocieszają w chwilach zwątpienia. To oni wiedzą jak wygląda szara rzeczywistość powszedniego dnia sportowca amatora.

Może brzmi to wszystko jak kupa wytartych sloganów jednak doświadczyłem każdego z tych elementów. Wiem, że jest to kolejny w sieci tekst o dochodzeniu do celu przez motywację. Myślę jednak, że nie trzeba być wybitnym sportowcem, byłym olimpijczykiem czy kimś kto poświęca całe swoje życie dla jednego by spełnić marzenie postawione samemu sobie. Jego rozmiar, zależy tylko od nas samych i od momentu życia w jakim się znajdujemy. Nigdy nie warto dawać sobie ujmy z powodu zbyt małego prestiżu czy splendoru.

Gdy szaleństwo rywalizacji opada, wraca szara codzienność życia i obowiązków, zostaje satysfakcja z tego, że byłem pierwszym białostoczaninem reprezentującym region w Mistrzostwach Świata Ironmen 70.3.

 

P.S.

Nigdy nie jest za wiele podziękowań wszystkim kibicom, którzy wiernie towarzyszyli mi przez lata zmagań. Z sezonu na sezon Wasze grono powiększało się a ilość szła w parze z jakością. Przede mną czas przerwy w rywalizacji i pracy nad zdrowiem. Wiem, że nigdy nie zostanę sam z tym.