Drugie z cyklu zawody Elemental TriSeries odbyły się w Augustowie. Potraktowaliśmy je poważnie, licznie pojawiając się na linii startu. Nie na co dzień zdarza się by tak profesjonalnie przygotowana impreza gościła na podlaskiej ziemi. Płynąc, jadąc i biegnąc staraliśmy się ze wszystkich sil pokazać że na wschodzie Polski również żyją ludzie zakręceni na punkcie tej pięknej dyscypliny sportu. Pogoda dopisała, kibice również. Pod względem sportowym zaliczyliśmy dobry występ. Zwycięstwo Bartosza Awruka na dystansie olimpijskim w kategorii open, pierwsze miejsce Pawła Klejzerowicza w kategorii M25 oraz 2 Grzegorza Popławskiego w M35 potwierdzają solidną pracę jaką wykonaliśmy w okresie przygotowawczym. Ponadto kolejne starty, debiutując lub bijąc rekordy oddali Juliusz Kołodko, Paweł Panasiuk, Rafał Dzierszko, Piotr Stefanowski, Maciek Łysiuk,  Marcin Matejczyk, Michał Stypułkowski, Mariusz Domitrz, Tomasz Wysocki, Sławomir Rudnik, Paweł Leoniuk, Janusz Mysliwiec, Arkadiusz Ramontowski, Piotr Mińko. Na dystansie sprinterskim kolejne doświadczenia zbierali Mariusz Jurczewski, Rafał Piotrowski. Debiut na dystansie super sprint zaliczyła nasza najmłodsza koleżanka Anita Cichocka. Daliśmy z siebie wszystko.

Największym pechowcem w ekipie okazał się Kamil Pendowski łapiąc gumę. Na szczęście udało mu się ukończyć zawody. Jego barwną relację przedstawiamy poniżej.

Sobota 10.06.2017

Tuż po porannych zakupach telefon od Fijołka:

Tomek: hej pożyczę Ci koła na start – sprawdzisz jak się będzie jechało mam półtorej godziny wpadaj.

Krótka weryfikacja planów i już siedzę na rowerze w drodze po upgrade sprzętu. Po kilku minutowym kręceniu kluczami „nowe” koła były na miejscu, ale nie do końca byłem zadowolony z tego jak zachowywały się przerzutki więc udałem się do Sprintu na „mała regulację” – jak się okazało skończyło się skróceniem łańcucha i mniejszymi ustawieniami.

Rower dzięki kołom wyglądał obłędnie – mimo, że stożki tylko 35 mm to przy moich standardowych kołach „robiły robotę” – wizualną na pewno.

Wieczorem przygotowałem sobie na kolację spaghetti – moje pierwsze pasta party na dzień przed. Z jeszcze większym uśmiechem odczytałem MMS od Panasia, na którym było jego wieczorne menu z butelką piwa (teraz to „rywal” popełnił szkolny błąd).

Przed snem myśli o mojej tabelce w excelu i założeniach na jutrzejszy start. Woda 28:00 Rower 1;10 Bieg 46:00 – całość 2:28:00. Czuję się przygotowany jak nigdy. „Nowe” koła……. będzie ogień.

Niedziela 11.06.2017

Wstaję przed budzikiem – jak zawsze w dniu zawodów. Tym razem czeka mnie perspektywa 90 km w samochodzie z rodziną, co przy dwójce dzieci 8 i 1,4 nie zawsze jest logistycznie przewidywalne. Po lekkim standardowym śniadaniu – bułka z b…. dżemem, przechodzę do sprawdzenia czy wszystko spakowane i do delikatnego budzenia wszystkich. Tu moja rodzina powinna dostać złoty medal, wszystko jak w szwajcarskim zegarku, 5 minut przed czasem odpalałem silnik i mogłem wyruszać w drogę – jeszcze tylko tankowanie. Z nowych rzeczy oprócz kół – pierwszy raz mój Argon na zawody jechał nie w samochodzie. Bagażnik dachowy nowy mocowany z duszą na ramieniu i w technologii „just in time” również się spisał (posiadanie samochodu a’la SUV i bagażnika dachowego przy wzroście mniejszym niż 2 m 10 cm to pomyłka – ale cóż ja chyba tez będę miał swoją mała drabinkę). Podróż minęła bez żadnych dodatkowych perturbacji. Na trasie udało mi się dogonić Piotrka Stefanowskiego (pomyślałem, żeby tak wyszło jeszcze na zawodach) i resztę trasy jechaliśmy już gęsiego. W miedzy czasie minął nas Janusz Myśliwiec – zdziwiony, że solidarnie z Piotrkiem zrobiliśmy mu miejsce przy wyprzedzaniu. Wjeżdżając do Augustowa zaniepokojony mokrym asfaltem zdjąłem okulary przeciwsłoneczne i od razu 2 wiadomości – 1. pogoda do bani –szaro, zimno i chyba pada 2. Polaryzacja to straszne oszustwo w okularach nie wyglądało tak źle. Założyłem je z powrotem, aby poprawić sobie trochę humor.

Z racji późnego dojazdu obawiałem się braku miejsca na parkingu – na szczęście moja teorii parkowania się sprawdziła – trzeba jechać pod wejście tam będzie wolne miejsce bo nikt nie jeździ pod samo wejście. Na Parkingu spora grupka Nadaktywnych – Paweł z rodzina, Julek, Paweł K, Paweł L, Mariusz, Sławek, Marcin, Piotrek i pewnie dużo więcej osób o których teraz nie pamiętam. Szybkie pogaduchy o planach na dziś, o tym czy będzie padać czy będzie wiać a może będzie słońce. W tym momencie razem z rodziną bez stresu udałem się po swoje naklejki.

Pakiet odebrany, kieruje się do strefy – czas jaki pozostaje na wstawienie roweru to około 45 minut. W strefie zmian pusto, a nawet bardzo widać jedynie pojedyncze rowery – myślę sobie (po raz) kolejny będzie dobre miejsce na zawodach jak nic. W strefie zmian jak to zwykle bywa kombinowanie z rowerami czy prosto wiszą, nalewanie izotoników, montowanie żeli itp.

Julek: Kamil co robisz?

Ja: przyklejam dętkę bo nie mam bidonu to będzie dobre miejsce w koszyku

Julek: daj spokój po co ci dętka

Inni Nadaktywni: dokładnie zostaw bez sensu

Ja: skoro mam to przykleję

Rower wstawiony godzina 10 – czas na ostatni posiłek przed zawodami – tu już klasyczny ADAM MAŁYSZ – bułka z bananem i oczekiwanie na start.

Na 45 minut przed startem zaczynam rozgrzewkę – nie ze wszystkimi tylko sam – zrobię to jak chcę, w swoim tempie tyle ile potrzebuje – tak sobie to tłumaczę. Na początek 3 km biegu – biegnie się nieźle – aczkolwiek –zaczyna bolec prawa stopa (myślę dobry znak – stres zaczyna się udzielać). Podczas tego biegu (biegnę w tempie około 5 km/min widzę gościa na balkonie ubranego w stroju tri – który z uśmiechem mówi zostaw coś na zawody uśmiecham się i mówię, że będzie dobrze – (przecież jestem w super formie). Po biegu przechodzę do ćwiczeń – spora grupa Nadaktywnych ubrana w pianki idzie w tym czasie popływać ja na spokojnie robię swoje – kiedy ja wskakuję do wody ubrany w piankę oni wychodzą, – myślę jest dobrze będę dogrzany maksymalnie. Na zawody wziąłem nowe okularki (żeby nie parowały) i niestety nie chciały się przyssać do twarzy mimo, że używałem takiego samego modelu co zawsze.

Linia startu,

Trzeba się dobrze ustawić szukam swoich – niestety wszyscy w takich samych czepkach, podobnych piankach i okularki na twarzy, Na szczęście się udało. Stres się zwiększa myśl o zalanym prawym oku przez około 30 minut nie napawa optymizmem, patrzę na zegarek czas upływa a „oczki” nie współpracują – w końcu sukces udało się, okularki zassały powietrze – uśmiech wraca na twarz. Start przesunięty o 3 minuty – w jeziorze widać oddalających się zawodników z dystansu sprinterskiego. Przed startem jeszcze „no stres dance” i jestem gotowy.

10… 9 …..8……….BUUUUUU i ogień – wskakuję do wody za Pawłem Klejzerowiczem – nie płynie mi się dobrze nie mogę złapać rytmu za mocno skupiam się żeby płynąc równo w nogach a za mało na tym, żeby nadawać prędkość (w skrócie za cwany być chciałem). Do pierwszej bojki jak zawsze, płynie mi się źle. Kilka razy ktoś łapie mnie za łydkę jakby chciał żebym go holował. Tylko dzięki takim akcjom ze strony Darka jestem w 100% opanowany i za wiele sobie z tego nie robię – nawet już nie staram się nikogo za sobą kopnąć. Po 2 nawrocie przy wdechu wydaje mi się, że widzę Mińka– pianka okularki jakby jego. Widok Piotrka był dobrą wiadomością. W Olsztynie był w wodzie przede mną. Nawrót – zerkam na zegarek – wyrok – niecałe 14 minut – a raczej 13 z hakiem – tylko nie zauważyłem ile tego haka było czy 59 sek. czy 01. Jestem zadowolony. Przed skokiem do wody pokrzykuję na osoby które niemrawo wchodzą do wody – chce ich trochę zmotywować żeby odpocząć płynąc za nimi. Drugie okrążenie płynie się dobrze – staram się nie podpalać – aczkolwiek zaczynam przyspieszać i powoli wyprzedzam 3 osoby płynące przede mną (może to one zwolniły). Ostatnia prosta – dopływam do gościa i płynę za nim – myślę tylko o jednym zostawić siły na rower. Wyskakuje z wody nie patrzę na zegarek, zaczynam się rozbierać, gorączkowo szukając „moich” kibiców – nie widzę, ktoś krzyczy mi do ucha Dawaj Kamil – okazało się, ze to była moja żona Ula. Na dobiegu siłując się z pianka i zegarkiem, trawa okazuje się zbyt śliska i ups – pierwsza wywrotka na zawodach. Na szczęście nic groźnego z tyłu słyszę głos Mińka – dajesz Kama. Wyprzedza mnie na dobiegu do strefy – tętno mi nie szalej jest siła – w strefie patrzę obok Mariusz zakłada kask. Ja zaczynam zdejmować piankę sprawdzę czy posmarowanie się oliwką przed założeniem pianki ułatwi jej zdjęcie – niestety nie czuję różnicy. Wybiegam ze strefy (tym razem pamiętałem o numerze). Wskakuje na rower i daje z siebie wszystko – mijam szybko 5 zawodników – na horyzoncie niebieska koszulka Mińka, wyprzedzam go i pedałuje dalej. Myślę sobie teraz jest mój czas – nowe koła, nowy kask Aero, noga podaje wszystko będzie super. Mijają kolejne kilometry. Patrzę na prędkość średnia przekracza 36 km/h – ja tak szybko nie jeżdżę. Kolejne kilometry wyprzedzam Wojtka z kamerą na kasku (to nigdy mi się nie przytrafiło) myślę jest dobrze. Dzięki kaskowi czasowemu cały czas patrzę przed siebie i zaczynam wyszukiwać sylwetki Mariusza. W okolicach podjazdu pod ABRo wydaje mi się że widzę czerwonego „trabanta”. Podjazd – chyba najmocniejsza moja konkurencja rowerowa (zawsze przesadzam) cisnę w miarę mocno w nagrodę zjeżdżam w dół widząc zawodników pokonujących wzniesienie. Na nawrotce widzę, że strata to Mariusza i Michała nie jest duża i że to tylko kwestia czasu. Niestety widzę, że Miniek trzyma się w niebezpiecznie bliskiej odległości. Dalsza cześć trasy to orka – prawa, lewa, prawa lewa – zaraz za podjazdem wyprzedzam Mariusza, a później Michała. Dojeżdżam do nawrotu (mojej najsłabszej części rowerowej) zawodnik przede mną zatrzymuje się za wcześniej – obsługa krzyczy dalej!!, omijam go i jadę dalej – za daleko. – nerwowo wciskam hamulce, wypinam prawą nogę chroniąc się przed wyimaginowanym upadkiem. Zaczynam jazdę od nowa, po błędzie pierwsze ostrzeżenie skurcz prawej łydki nie pozwala wpiąć buta. Wszystko to co zrobiłem na rowerze tracę – wyprzedza mnie Michał, Miniek i Mariusz. Próbuję rozciągnąć mięsień – jakoś się udaje wciskam nogę w pedały ile fabryka dała – noga daje radę (to sposób Pawła Panasiuka- boli ale mimo to wciskam) – jeszcze przed wyjazdem na łuku wyprzedzam Mińka doganiam Mariusza. Jak na mnie przystało za wolno wchodzę w zakręt i wyprzedza mnie znów Mariusz i Miniek – znowu dociskam nogę – Mieniek mówi, żebym po skurczu jechał spokojnie. Myślę sobie nigdy w życiu – dociskam mocniej zakręt w lewo i BUM – bum, bum, bum, bum – dziwny odgłos donosi się z mojego roweru. Mariusz krzyczy coś za mną – zatrzymuje się sprawdzam chyba wszystko dobrze – ruszam dalej, ale dziwny dźwięk nadal jest –zatrzymuje się ponownie sprawdzam koło przód jest ok sprawdzam tył – brak powietrza. @#$%@##$% – Mać – pierwszy defekt na zawodach – a ja w życiu nie zmieniałem dętki – tylko raz miałem instruktarz jak to zrobić. Zapas mam, sprzęt (łyżka, pompka) mam – o ściganiu mogę zapomnieć – mogę wrócić z rowerem i będzie koniec (ale tam czekają moi kibice) – 19 długich minut – tyle czasu zajęła mi identyfikacja gwoździa i naprawa opony – niestety brak naboju sprawił, ze tylko 4 atmosfery znalazły się w tylnym kole. Jazda – motywacja -100 – naprzeciwko widzę jadących zawodników których nie tak dawno mijałem albo byłem przed. Motywacja – 200. Na nawrocie szybkie pytanie do obsługi czy w tylnym kole jest powietrze – po potwierdzeniu jazda dalej.

Wyprzedziłem kilka osób ale motywacja spadała gdzieś do poziomu – 300, a średnia rowerowa spadła do 33.3. Jedyne co mnie trzymało na rowerze to dojechać do końca i na biegu odbić sobie wszystko. Z takim planem parkowałem rower w strefie. Zmiana raczej spokojna z nastawień żeby pokazać co będzie na biegu. Plan był prosty zacząć spokojnie 4:40 – a potem podkręcać tempo – pierwszy kilometr był prawie zgodnie z planem 4:45 –ale to co działo się później to była prawdziwa masakra. Wrócił ból z lewej strony brzucha – przyjaciel z pierwszego startu w Olsztynie z zeszłego roku z Blachowni i z tego roku z Olsztyna – na początku pomyślałem sobie – ok wytrzymać do 5 km w tempie aktualnego biegu 4:45 a potem przejdzie (zawsze tak było). Niestety nie tym razem, nie wiem czy to motywacja szalejąca na poziomie – 300 sprawiała, że każdy kilometr był coraz wolniejszy – a ból coraz większy, na trasie mijałem chłopaków ze Stowarzyszenia i każdy wyglądał milion razy lepiej niż ja – w głowie jedno pytanie co #$$%$^$%^ jest? Na trasie były 3 super momenty za sprawą kibiców tu dziękuję wszystkim ale szczególnie mojej córce (1,5) i żonie – mała krzyczała najgłośniej co było mega zaskoczeniem, pierwszy raz na zawodach i takie zainteresowanie – a ja nie mogłem z siebie wykrzesać nic dosłownie nic – ból był tak duży, że z każdym krokiem rozważałem zejście z trasy. W końcu jest ostatnia pętla – ona była zawsze moją ulubioną – przyspieszanie, wyprzedzanie. Niestety nie tym razem – teraz ja byłem wyprzedzany a na trasie zawodników było już naprawdę niewielu. Na 2 km do końca gdy tempo oscylowało około 6:50 wyprzedziła mnie zwyciężczyni kategorii K60 albo K65 a może nawet k70 (wolę tego nie sprawdzać). Motywacja dobiła do – 100000000. Doczłapałem się pod górką na podbiegu i powiedziałem sobie albo mi coś tam pęknie w środku ale trzeba przyspieszyć – ostatni kilometr to walka z niesamowitym bólem – im szybciej biegłem tym bardziej bolało.- ale tempo było przynajmniej takie z jakim zaczynałem. Ostatnie 3 zakręty – widzę moich kibiców – córka znów krzyczy jak szalona a ja daję z siebie wszystko – na metę wbiegam sprintem. – i praktycznie padam nie tyle co zmęczony zawodami – ale niesamowitym bólem. W strefie mety koledze pocieszają – mi wszystko jedno wściekły jestem na cały świat – do momentu jak nie odwiedzają mnie moi kibice. Czas 3:03. A miało być luźne 2:28.

Epilog

11.06 – jest dla mnie ważna datą to urodziny mojego ojca, ponadto zapamiętam ją jako lekcję pokory, czegoś co nie przytrafiło mi się w mojej sportowej zabawie nigdy. Całkiem niedawno Bartek udzielając wywiadu po zawodach w Korycinie powiedział: że triathlon to połączenie 3 dyscyplin. Wtedy tego nie zrozumiałem. Po w Augustowie chyba wiem co miał na myśli.